piątek, 4 września 2020
The Kinks –Arthur (Or the Decline and Fall of the British Empire)
wtorek, 1 września 2020
Otis Spann - Walking The Blues
piątek, 28 sierpnia 2020
The Pretty Things – Parachute
The Pretty Things byli przedstawicielami dzikiej strony brytyjskiej inwazji i jednym z najbardziej wpływowych zespołów lat sześćdziesiątych. W latach 1965-1968 stworzyli cztery albumy, które należą do najbardziej ekscytujących rock'n'rollowych płyt swoich czasów, ewoluując od chaotycznego rytmu i bluesa z ich wczesnych dni do psychodelii i rocka progresywnego. Nawiasem mówiąc, wśród tych czterech albumów jest pierwsza rockowa opera w historii, przełomowy S.F. Sorrow (1968). Nie odnieśli jednak komercyjnego sukcesu i zostali skazani na status podziemnego zespołu kultowego. W obliczu braku perspektyw, w 1969 roku gitarzysta i założyciel Dick Taylor rzucił ręcznik i opuścił grupę. Reszta zespołu wkrótce potem wróciła do studia Abbey Road - gdzie nagrali S.F. Sorrow – by ukończyć świetny album Parachute (1970), moim zdaniem ich ostateczne arcydzieło.
Pomyślany jako album koncepcyjny przez jego głównych autorów piosenek Phila Maya (wokalistę) i Wally'ego Wallera (basistę), Parachute jest kroniką schyłku ruchu hipisowskiego oraz kontrkulturowej sceny lat sześćdziesiątych. Strona A albumu to cała pop-artowa suita ośmiu połączonych ze sobą piosenek, w których rysowana jest ironiczna i melancholijna panorama współczesnego miejskiego życia. Bogata w kontrasty i niuanse, zwinna w jego przejściach, ta pierwsza połowa albumu jest po prostu wysublimowana. Strona B płyty przechyla się w stronę rocka progresywnego, utwory są dłuższe, a od czasu do czasu pojawiają się ślady hardrocka. Uwaga przenosi się na środowisko wiejskie, do którego udały się tysiące młodych w poszukiwaniu prostego stylu życia, wolnego od wymagań handlowych. W 1970 roku to pokoleniowe marzenie o szczęśliwej Arkadii już się rozpadało, a Pretty Things obnażyło to z dystansem i niedowierzaniem, ale też z wielką ekspresją poetycką (piękna "Grass”, inicjacyjne "Sickle Clowns”). Parachute jest więc dźwięcznym świadectwem końca pewnej epoki, kroniką zbiorowego rozczarowania. Jest to również album zamykający złoty wiek The Pretty Things, zespołu niezauważanego wówczas przez opinię publiczną, ale coraz bardziej docenianego na przestrzeni lat. Jak przystało na niezłomnych i wizjonerów.
Zabłocie, 28.08.20
wtorek, 25 sierpnia 2020
Gabriel Sullivan - By The Dirt
piątek, 21 sierpnia 2020
Sex Pistols - Never Mind The Bollocks Here's The Sex Pistols
Pierwotnie Sex Pistols było ogromną kampanią marketingową prowadzoną przez menedżera i przedsiębiorczego wizjonera Malcolma McLarena. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych McLaren mieszkał między Nowym Jorkiem a Londynem i był bardzo uważny na powstającą scenę muzyczną w Big Apple, czyli na początek ery CBGB i narodziny nowojorskiego punka. McLaren dostrzegł ogromny komercyjny potencjał tego dźwięku i postanowił przenieść go do Wielkiej Brytanii. W Londynie zwerbował kilku młodych muzyków, którzy bywali w jego butiku z ubraniami - Johnny Rotten, Steve Jones, Glen Matlock i Paul Cook - do stworzenia zespołu, który miałby przyjąć ducha nowojorskich grup i nadać mu nowy charakter, bardziej zgodny z współczesną brytyjską rzeczywistoścą. Sex Pistols były zatem wynikiem komercyjnej wizji Malcolma McLarena, by trafić na stół przemysłu muzycznego: odmiana The Ramones i nowojorskiego punka ze sceny CBGB, przepakowana szokująco nową estetyką (dla gustów głównego nurtu), oraz prowokacyjnym anarcho-sytuacjonistycznym dyskursem politycznym. Ale Johnny Rotten naprawdę śpiewał, by zmienić świat. I na swój sposób mu się to udało.
Rewolucja Sex Pistols była estetyczna. W połowie lat siedemdziesiątych rock'n'roll w swoim pierwotnym znaczeniu został opanowany i zastąpiony w radio przez muzykę disco, rock symfoniczny, zespoły jam-band i coraz bardziej przesadzony rock progresywny. Rozprzestrzenianie się Sex Pistols w międzynarodowym mainstreamie, z ich brudnym i naglącym stylem, oznaczało nowy punkt w ewolucji muzyki popularnej, ponieważ przywrócił prymitywny rock'n'roll na szczyt fali. Powstanie zespołu takiego jak Sex Pistols było wyzwoleniem dla młodych muzyków późniejszych pokoleń, ponieważ pokazało, że do robienia dobrego rock'n'rolla nie potrzeba wirtuozerii. Pokazał też, że nastawienie jest tak samo ważne w muzyce, jak aranżacje czy intonacja. A jeśli chodzi o nastawienie, Sex Pistols, ze swoją rażącą zuchwałością, stało się wzorcem dla nowego pokolenia młodych ludzi nękanych kryzysem gospodarczym i bezrobociem. Utwory takie jak "God Save the Queen”, "Holidays in the Sun” czy "Pretty Vacation” stały się ścieżką dźwiękową niektórych młodych ludzi z połowy świata, którzy zrozumieli, że dobrze jest się wkurzać i że nowa rzeczywistość musi odpowiadać pojawieniu się nowej estetyki. Punk-rock miał być tą nową estetyką: odrzuceniem wszelkich ozdób, kpiną z ikonoklazmu, lekceważeniem społecznych konwencji, agresywnym wykonaniem. Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols (1977) był albumem, który wyznaczył ten estetyczny kanon na masową skalę.
Zabłocie, 21.08.20
wtorek, 18 sierpnia 2020
Giant³ Sand– Heartbreak Pass
Trzydzieści lat po swoim debiucie - Valley of Rain w 1985 roku - Howe Gelb pomyślał, że to dobry czas, aby pozostawić odłogiem swój zespół Giant Sand i skupić się na swoich solowych projektach, głównie jazzowej muzyce fortepianowej. Heartbreak Pass miał być zatem pożegnalnym albumem Giant Sand i dlatego Howe Gelb wymyślił go jako syntezę całej trajektorii grupy. Ten cel może wydawać się chimerą, biorąc pod uwagę zmienny i niesklasyfikowany charakter Howe Gelba, a także szeroki wachlarz zapisów pokrytych przez tak wiele lat. A jednak Heartbreak Pass łączy w sobie główne wrażliwości dźwiękowe, jakie Howe Gelb i Giant Sand przejawiali przez trzy dekady. Z jednej strony reprezento-wana jest jego alternatywna strona country ("Song So Wrong”, "Every Now And Then”). Z drugiej strony elektryzująca i hałaśliwa strona ("Hurtin' Habit”, "Texting Feist”). I wreszcie, jego intymna strona jako nucącego pianisty, rozwinęła się już w dojrzałości ("Gypsy Candle”, "Pen to Paper”). Te trzy wrażliwości w naturalny sposób przenikają się i tworzą solidny i jednorodny album, liniową całość. W końcu Giant Sand zawsze charakteryzował się bardziej postawą i stanem umysłu niż określonym stylem. A w Heartbreak Pass, podobnie jak w poprzednich albumach, dominuje przede wszystkim wyrazista osobowość Howe Gelb, muzyka potrafiącego w szczególny sposób opisać swoje życiowe doświadczenia i podzielić się swoimi wnioskami. Czasami z suchym humorem ("Home Sweat Home”), a innym razem z subtelną głębią ("Eye Opening”, "House In Order”). Hearbreak Pass to w skrócie podsumowanie fascynującej trzydziestoletniej historii. Dzięki brzmieniu i piosenkom może służyć jako doskonały album wprowadzający dla każdego ciekawskiego neofity zainteresowanego zagłębieniem się w rozległym i ekscytującym świecie Giant Sand.
Zabłocie, 18.08.20









